drzewo
zakorzenione
w piekle ziemi
wznosi ramiona
ku słońcu
zielonymi dłońmi
łapiąc
błękitny deszcz
życia
dodaje energii
chroni
jak przyjaciel
pogrozi złamaną
gałęzią
jak ojciec
w gniewie
potrafi też
rzucić cień
na drogę
którą obraliśmy
bez celu
wypełniona po brzegi
pustka
wylewa się
z czary goryczy
przez otwarte okna
samotności
wdziera się
do niekochanych
serc
zamieszkując w nich
na dobre
grzechy
spadające z ramion
uwięzionych
tłum gapiów
wdeptał w bruk
zakrwawione kamienie
rzucane
prosto w serce
przyniosły ukojenie
udręczone bólem
skronie
odżyły nadzieją
zmiany
dotykam myśli
słowem
niewypowiedzianym
by nie zakłócić
spokoju
zamykam go
pod powiekami
by chaos dnia
nie docierał
w głąb marzeń
idę w noc czarną
na oślep
by oswoić lęk
nie igraj
z ogniem duszy
rozpalony
może otworzyć bramy
sumień
nie ugasisz
jej pragnień
strumieniem łez
nie ukoisz bólu
dotykiem jedwabiu
przypalisz się
kłamstwem żelaza
do żywego
ta blizna
się nie zagoi
rzucam się
na wiatr zdarzeń
pamięcią
rozmazanych
przekopuję piaski
uczuć zadeptanych
pośpiechem
w ostatniej łzie
utopiłam
samotne godziny
by wypłynąć
w słoneczny rejs
ucieczki w nieznane
zaufanie
podeptane
jak wycieraczka
leży spokojnie
czekając
aż kolejne buty
wdepczą w nią
brudy codzienności