pustymi ulicami
duszy
idę w noc
cisza skrzypi
między
myślą słowem
zagubione
serce
tak blisko
a coraz dalej
oswojony
jak pies
idzie za nami
krok w krok
smutek codzienny
bezpański
nie potrafi
znaleźć
miejsca dla siebie
przytulając się
do przechodniów
liczy na uśmiech
od święta
w stertach
jesiennych liści
gubi
obumierające
uczucia
tęsknota
ogrzana
ostatnimi promykami
mieni się
czerwono-złotą
nadzieją
stąpając
niepewnie
po brunatych
wspomnieniach
jak po trawie
podana
na zimno
jak
wytrawna
uczta bogów
zemsta
ambrozją
otula zmysły
goryczą
draźni smak
metaliczny
posmak
jak ciernie
zostaje
najdłużej
dzikości serca
nie da się
oswoić
wydeptując
własne ścieżki
musi mieć
pazur
by ranić
duszę do krwi
w oddali
milkną światła
nie widać
już okrzyków
miasta
noc zaciąga
stalowe kotary
by nie patrzeć
na czas
pędzący
przed siebie
potykający się
o tłum
samotnych
po brzegi
wypełniona
słowami
bez wyrazu
uczuciami
bez emocji
myślami
bez sensu
gestami
bez dotyku
pustka