w samotności nocy
godziny uciekają
jedna
od drugiej
nie chcą
minuta po minucie
gonić snów
łapać marzeń
łez dławić uśmiechem
i czekać na świt
przegapiłeś
kolejną wiosnę
w moim sercu
radosną
śpiewem ptaków
o poranku
lata nie zauważyłeś
oślepiony
promieniami egoizmu
a jesień
kolorami przeminęła
złotymi myślami
sypnęła
czerwienią
duszę rozgrzała
a ty się spóźniłeś
czas zamrożony
tak szybko
nie stopnieje
bezradny
stoisz w ciemności
serce dusi się
w pułapce
zgniecione
wciśnięte
w mrok
w obłędzie
nie widzisz
jasnego punkt
w tunelu
krzyk miliona
ku nieskończoności
przykuł cię
łańcuchem
chwytasz
siadasz
spadasz
biegniesz ku
wolności
wybieram
komnaty życia
szukam
miejsca
wypełniając
przestrzeń emocjami
szukając
ciszy
zapominam
o grymasie
krzyczącym z bólu
o łzie
płynącej smutkiem
i o żalu
przepełniającym duszę
za zamkniętymi drzwiami
czeka kolejny
pustostan
na pół gestu
pół słowa
pół chwili
oddaleni od siebie
pogłębiamy
przepaść serc
na pół dnia
pół nocy
gubimy siebie
w pół drogi
życie
podzielone
na pół
z prawd i kłamstw
utkane
toczy się dalej
z dachu nocy
lepiej widać dzień
samotność
kłębiącą się
pośpiechem ulic
namiętność
krepującą skronie
obcość
bliskich twarzy
i strach
splecionych dłoni
żeby wejść
wyżej i dalej
trzeba zrobić krok
bez wahania
do przodu iść
za sobą zostawiając
tylko pył
minionych dni