między
dniem a nocą
zawieszone marzenie
pachnie miłością
pod powiekami
skrywa samotność
obłąkaną myślą
o rozstaniu
niepewność
mijającego czasu
rozdziera serce
życie mija
jak sen
układam siebie
z rozsypanych puzzli
myśli i słowa
gesty i obrazy
dopasowuję
do ram
zbyt ciasnych
całość
nabiera kształtu
alegorii
zabierz ten ból
co wypala skronie
myśli plącze
w abstrakcji obrazy
ucisz ten krzyk
co rozsadza
pamięci spokój
pozwól powiekom
okiełznać strach
przed kolejną nocą
bez snu
omijam szczęście
jak ślepca
żebrzącego co łaska
nadrabiam drogi
by nie natknąć się
na jego
wyciągnięte ręce
odwracam wzrok
by nie widzieć
jak przechodzi obok
zwodząc szeptem
bezmyślny dzień
nadaje sens
kolejnym dniom
nabiera dystansu
odziera ze złudzeń
nie szuka rozwiązań
płynie beztrosko
z godziny na godzinę
aż dojrzeje do odejścia
jak
wczoraj
dziś
jutro
codziennie
w morzu samotności
jest tylko jedna
kropla czułości
na brzegu rozpaczy
trudno ją dostrzec
przez sito słów
przesiewasz
dobro i zło
miłość i nienawiść
pustka
wylała aż po horyzont
myśli nieujarzmionych
odarłam duszę
z resztek złudzeń
wyplątana
z miłosnej pajęczyny
leczy rany
zadawane w niewiedzy
zziębnięta
i naga
zbroi się
w niezależność
uciekła
by odrodzić się
silniejsza