stoimy w milczeniu
bo tak trzeba
nie szukamy
wyszukanych słów
nie rozpychamy się
łokciami
od ściany do ściany
trwamy
bo tak trzeba
boli
gdy drogi nasze
wiodą donikąd
gdzie
potknięć wiele
gdzie
ciernie rosną
między nami
pomocy
nikt nie udzieli
wystoimy ją sami
drogo
popychaj
gdy
jeszcze możesz
gdy wszystko
można oddać
za sprawę
nad nami
krąży orzeł
wtulić
się w białe
skrzydła anioła
odpłynąć w mrok
poddać się
błogości
i nigdy
do świata
nie wrócić
po co
wylewać
łzy rozpaczy
dusza
dalej błądzi
po starych
cmentarzach
obietnic
bez pokrycia
dusza
rozrywana bólem
krzyczy
w samotności
łzy
krwawią ciszą
budując mur
zobojętnienia
dni i noce
przemijają
oczy bledną
nie widząc sensu
walki
o kolejny dzień
zamykam się
w swoim świecie
by rzeczywistość
nie odebrała mi marzeń
zbieram
resztki normalności
upycham po kieszeniach
jak żebrak
okruchy chleba
łzy
zaciskam w pięść
by mieć siłę
na walkę
o siebie
odarłam duszę
ze złudzeń
okaleczona
lepiej
przyjmuje ciosy
codziennie po trochu
obumiera
gubiąc słowa
rzucane na wiatr
obietnice niedotrzymane
chwile stracone
na czekaniu
bez strojnych piórek
pięknieje
ubrana
tylko w marzenia
noc ma oczy
zamglone tęsknotą
wpatrzone w niebo
łączą punkty gwiazd
jak dziecięcą układankę
zakreślony kontur
przypomina szczęście
i tylko ta twarz
naszkicowana
w myślach
rozmywa się
odchodząc
ze świtaniem