zamieniona
w kamień
trwam
od rana do nocy
emocje
przywdziane w zbroję
zdobywają
kolejne bitwy
strach
sparaliżowany myślą
rozlicza
każdy gest
i tylko noc
przynosi ciszę
siła
potęguje się
w skupieniu
dzień
przytłoczony troską
nie ma szans
na wytchnienie
deszcz
studzi promienie
gasnącego słońca
by zmierzch
nastał
w spokoju
między gwiazdami
skrzy się
nadzieja
na jutro
ciszą otulone
pustka
pogłębia otchłań
codzienności
rośnie
karmiąc się
kolejnym dniem
pełnym
obcych twarzy
i samotnością nocy
pustka
rozsadza skronie
krzykiem ciszy
bólu nie da się
wytrzymać
znalazłam drogę
pośród chmur
spiętrzoną
i krętą
idę powoli
by zatrzymać czas
puszysty
jak ramiona nocy
zasypiam
by pod powiekami
choć na chwilę
spotkać ciebie
idę przed siebie
trochę bez celu
szukam odpowiedzi
przysiadłam
na kamieniu
by przeczekać
burzę myśli
wiatr
rozrzuca gesty
potykając się
o słowa
szukam odpowiedzi
na pytania
wciąż nie zadane
przystanęłam
na brzegu rzeki
zapachniało wiosną
nurt
był spokojny
cicho szumiał
tatarak
woda
przynosi ukojenie
i tylko
krzyk dzikich gęsi
rozprasza myśli
biegnące ku słońcu
samotność
kompromis
życia i śmierci
zawarty pochopnie
w sytuacji
bez wyjścia
noc
jedyny bólu
sprzymierzeniec
usypia strach
ramię księżyca
musi wystarczyć
gwiazdy nucą
matczyną kołysankę
pod powiekami
już tylko spokój