pod płaszczykiem bezradności
przychodzi znienacka
skowyczy jak zbity pies
o szklankę wody
ciepłą michę
dach nad głową
kłamstwami
kradnie serce
nasycony odchodzi
obrzucając kamieniami
szklany dom
nie wie
że odłamki
odebranych marzeń
zabiją jego duszę
powoli
jesień przyszła
kasztanową aleją
rzuciła pod nogi
szczęście
zbieraliśmy je garściami
nie zważając
na kolce
złotym
płaszczem liści
otuleni
układaliśmy bukiet
wspomnień
pachnących
dziką różą i głogiem
zanurzona
w aksamicie fotela
słuchała
upływającego czasu
nawlekając łzy
sznurem pereł
ozdobiła szyję
jak pętlą
odeszła
skrzypiąc wspomnieniem
nad przepaścią myśli
strach
zbudował most
z żelaznych marzeń
i drewnianych obietnic
teraz
łatwiej będzie
tęsknocie
odnaleźć sens dobra
w rzeczywistości
atramentem nocy
kreślę słowa
niewypowiedziane
płomień świecy
łagodzi
ostre pióro
by nie rozdarło
zaklętej
w papirusie
duszy
w almanachu niepamięci
dojrzewają
myśli nieujawnione
przepełnieni nocą
w ramionach gwiazd
wyczekujemy świtu
cicho stapając
przyjdzie za szybko
kradnąc spokój
księżycowych snów
spojrzałam w oczy
spopielałe samotnością
skrywały ból
za mostem rzęs
ścieżkę łez
drążyła rozpacz
aż do serca dna
gdzie fiołkową aleją
spacerowała
miłość spóźniona