w deszczu smutku
zatopiłam dzień
przemoczona
ścigałam się
ze złością
zziębnięta
walczyłam z czasem
parasolem
wieczorem
w cichym
stukocie kropel
na dnie kałuży
znalazłam spokój
ludzkie ości
dławią
jak nienawiść
rzucana co krok
na ulicy
ludzkie ości
zabiegane
i ostre
ranią sumienia
kolcem
pretensji
ludzkie ości
plują jadem
by zatruć
nam życie
dla zabawy
chaotycznie
rozkołysane niebo
w rytm
czerniejącego świata
z wiatrem ulatuje
gdy gaśnie światło
zostaje tylko dusza
przykrywająca
samotnego anioła
który jeszcze
nie odleciał
tylko chmury
w ciemniejących barwach
radośnie
płyną razem
w bezkresną dal
do matczynego serca
ulepionego
z twoich uśmiechów
to ona
złapała cię w objęcia
gdy cierpiałeś
tylko ona
umie słuchać
a wystarczy jej
ciut nieba
i twoja miłość
miarą samotności
jest bezkres
nocy czarnej
i gęstej
od wspomnień
pozwala
odnaleźć siebie
zanim obłęd
odbierze sen
między
tobą a mną
na krawędzi cienia
jest droga
na jej rozstaju
ślady stóp
strome
kamienne ścieżki
przed nami
jedne prowadzą
do piekła
drugie ku obłokom
gdy zrobimy
pierwszy krok
nie będzie odwrotu
zabierz ten ból
który wypala skronie
zabierz tę siłę
która zaciska pięść
zabierz ten gniew
którego krzyk
zabija ciszę
oddaj ten spokój
który pozwala
tańczyć w deszczu
i płakać w słońcu
oddaj mi wolność
otwierając
serce dla innych
w zamian
nie licz
na zbyt wiele
za swoje wymaganie
zapłacisz
najwyższą cenę
dobroci
rozczarowanie