pustynia
ludzkich twarzy
bez wyrazu
ciągle
ten sam grymas
niewidzącego tłumu
głuchych
na innych
ze szczęściem
przeciekającym
przez palce
obojętnych
na dziecięcą
bezradność
naiwnie
wierzących
w dobro
między dźwiękami
ciszy
niepokój
gra
wysokie tony
nut
nieposkładanych
w myśli
fałszywie
brzmią półnuty
nadziei
zawieszone niedbale
na pięciolinii
życia
serce
powoli przygrywa
kolejny nokturn
tnąc
ciszę
smutkiem
majestatycznie
powoli
stąpa
po łąkach
zostawiając
korale
porannych łez
naniznane
na pajęczych niciach
zdarzeń
nieuchronnych
zapatrzeni
w noc
szukamy
straconych minut
spać
czy żyć
zrobić krok
czy czekać
na kolejny dzień
na progu
utkana
z niepewności
stąpa
po cienkiej
linie
rozwieszonej
między
życiem a śmiercią
w pośpiechu
robi
dwa kroki
w tył
by iść
do przodu
czas
jak miecz
tnie życie
na pół
na wczoraj
i jutro
ten skrawek
dzisiaj
już nie ma
znaczenia
babie lato
jesiennymi
pocałunkami
muska twarz
wystawioną
ku słońcu
ostatnim promykiem
pieści zmysły
by czułość
zapamiętały
na zawsze