płakały
samotnie
na rozstaju
widma drzew
w słońcu
ponad
szczytami gór
w szeleszczących
szeptem liści
na kamiennym
ołtarzu
martwym i zimnym
cierpiał ptak
będąc niewinnym
na tamtej ziemi
tamtego czasu
za nas
za wielu
w poczekalni
życia
jak pomięte płaszcze
wiszą marzenia
niektóre
dojrzewają czekając
na swój czas
inne kołkiem
przebite
usychają
z dnia na dzień
tracąc sens
istnienia
jak liście
opadające z drzew
blizny
znaczą serce
zapamiętaniem
jak pręgi
na duszy
oznaczone bólem
spływają łzą
wyryte
w głowie
niepamięcią
siły i pokory
szukam
czego nie zgubiłam
myśli
niepozbieranych
słów
niezapamiętanych
czynów
niedokonanych
znajduję
tylko
ciszę niepokorną
i niedoskonałość
na rozstaju dróg
gubiąc
to co
nieuniknione
idę dalej
czas
jest zbrodniarzem
doskonałym
zabija
naszą beztroskę
jednym strzałem
w dorosłość
rzuca ognistą kulę
by rozbić
kręgle marzeń
w drobny pył
kradnie
dni i noce
zostawiając pustkę
ucieka
zostawiając w tyle
stracone szanse
wzgardzona
błąka się
bez celu
ślepa
i oddana
nie wiadomo
po co
od słowa do słowa
od dotyku do dotyku
co łaska
miłość
koniczyna
czterolistne szczęście
ukryta w trawie
czeka
aż ktoś
się o nią
potknie
koniczyna
jak cztery świata
strony
chce by ją
odkryć
radość
nadzieja
obecność
miłość
jak cztery płatki
szczęścia
kiełkują powoli