noc
rozmawia szeptem
spacerując
aleją gwiazd
błyszczących
łzami
księżyc
oświetla pustkę
serc
by nie zgubić
drogi
do rozumu
za drzwiami
bez powrotu
stoi strach
odważny
panuje nad sytuacją
zasłaniając
twarz
maską emocji
unicestwia duszę
powoli
zabierając jej
wiarę
i wolność
samotność
nowe otwarcie
dla czterch żywiołów
ogień duszy
łagodzony
świeżym powiewem
zmian
wewnętrzny zen
obmywający deszcz
gasi pragnienie
spierzchniętych warg
wyschniętych
jak popękana słońcem
ziemia
i tylko
bliskość
świeżej trawy
pod stopami
i wiatr we włosach
pełna harmonia
pierwotny byt
zostawiła
za sobą wiatr
idąc wprost
w oślepiające słońce
powietrze
gorące
oblepia myśli
słowa więzną
w gardle
zagryzając wargi
bólem
łzy
wypalają
oczy solą
wspomnień
cisza
jest prosta
jak prawda
nikt nie kocha
za wiele
w nieskończoności
serc nie ma
początku i końca
zmysły
szeptem otulone
nie sprzeciwiają się
chwili
niech trwa
żyjemy
z dnia na dzień
od tęsknoty do tęsknoty
razem i osobno
pod makijażem
złośliwości
usychają wspomnienia
w wyobraźni
rozmazując je
szminką
stukotem
czerwonych szpilek
w pośpiechu
zdobywamy kolejne
mosty
między sercem
a sercem
obumarłe miasto
spokojnie oddycha
duszami ludzi
starych
dziecko
z szat obdarte
moknie
marznie
nikt nie widzi
życie
jak tragifarsa
chcesz krzyczeć
nie wychodź
stój
świat
i tak polegnie
nim życie
cię pokona