codziennie
przybywa mi lat
układam życie
z porozrzucanych puzzli
bez twoich słów
bez pustych dni
w ciszy
utkanej z pajęczej mgły
układam siebie
znów od nowa
posklejana dusza
widzi więcej
już nic nie musi
nic jej nie rozerwie
zapłonęło jezioro
żarem
gasnącego dnia
woda spokorniała
usypiając fale
na brzegu
sny w tataraku
ukryte
kołyszą nas
aż do świtu
w labiryncie myśli
błądzę prowadzona
księżyca łuną
zimny wiatr
mrozi serce
aż do krwi
ogień
tlący się w duszy
roztapia
kryształy łez
idę
aż po świt
rozmazując pod stopami
krople smutku
w ciasnej codzienności
brakuje mi tlenu
stawiam kolejne granice
by złapać oddech
trzeba się odgrodzić
znaleźć kierunek
okiełznać lęki
by przekroczyć bariery
otoczna murem
zaczynam żyć
od nowa
samotność świtu
rozpościera
skrzydła niepokoju
porzuca
kołderkę mgły
by rozkwitnąć
w pierwszych promykach
budzącego się słońca
i odfrunąć w dal
zapadam się
w noc
jak kamień
w wodę głęboką
zamykam oczy
otwieram duszę
nasłuchuje
kroków świtu
nadchodzi powoli
rozwiewając
myśli złe
spochmurniało niebo
w moich oczach
chłód przestrzeni
gęstnieje
między nami
ubiorę cię w słowa
otulisz mnie
pragnieniem
dziś - jutro
aż do utraty tchu