deszcz samotności
spływa prosto z duszy
pochmurniała
gdy czas
zabrał jej siłę
szarą mgłą
otoczył skronie
wbijając ciernie
w życia sens
szukając
drogi wyjścia
rozbiła się o mur
rozmazanych twarzy
gliniane kolosy
rozpadały się
bez słowa
za późno
by trwać
gubię myśli
jedną
po drugiej
zawieszona
w próżni dnia
w pośpiechu
w zobojętnieniu
w milczeniu
w tłumie
znaczę
nimi drogę
powrotu
do siebie
uśmiech
zmienia rysy twarzy
grymas radości
tuszuje
smutku ból
pamięć
doliną żalu
spływa
do ust
konserwując solą
rany duszy
w życiu
jak w teatrze
nie zawsze
grasz
główną role
spektakl
koryguje nasze marzenia
raz wzloty
raz upadki
gdy grasz
szczerze
i prawdziwie
wzbudzasz podziw
choć czasami
grasz tylko epizod
zostawiam
na wietrze
niedomknięte myśli
niech dotrą
do obszarów
niedostępnych
bym mogła
istnieć
by ożywić
kolory
codzienności
obudzić duszę
pragnieniem
swobody
wolności
patrzeć
na wielobarwną
tęczę
zapisać
białe kartki
błękitnym atramentem
na zawsze
dzień i noc
razem
bez końca
ty i ja
my
wszystko
miało być bardziej
a jest tylko
inaczej
mur łez
rozbitych
spłynął milczeniem
myśli uciekły
aż za morza brzeg
ślady stóp na piasku
rozdeptał wiatr
przyniósł ukojenie
i nadzieję
tliła się
ciepłym ogniem
latarni
dla rozbitków