w smutku
nie widać oczu
rozpływają się
łzami
słone myśli
gorzkie słowa
piekący ból
rozsadza skronie
aż do kości
wspomnień
pulsują
gesty nierozpoznane
pomiędzy
bytem a niebytem
w ciszy serca
włóczę się
od dnia do dnia
by w nocy
oswoić samotność
pod powiekami
rysuję obrazy
niepamięci kreską
zapominam
codziennie od nowa
słowa i gesty
kontury uczuć
majaczą
na horyzoncie świtu
by zniknąć
za kotarą
opadających rzęs
zapadam się
w otchłań myśli
niepozbieranych
balansuję
między
ciszą a słowem
słyszę
patrzę
czuję
idę
przed siebie
szukam drogi
słyszę
patrzę
wiem
nie chcę być
Syzyfem
choć codziennie
toczę głaz
pod górę
coraz wyżej
i dalej
nie zatrzymuję się
myśli
wyprzedzają słowa
gesty
galopują
między nami
nie chcę być
Syzyfem
ale nie mogę
przestać
w płomieniach ciszy
gaśnie ból
rozpaczy
milczenie
jak balsam
otula skronie
serce miarowo
wybija rytm
spokoju
na raz
- łagodnieje gniew
na dwa
- znika strach
na trzy
- powoli płyną łzy
gasną myśli
zamknięte
w kloszach lamp
widzę je
upadłe
płytkie
puste jak
dzisiejszy świat
warto posłuchać
co mówią
do nas
mijane chwile
ich szelest
nie zapisał
jeszcze
wszystkich
przewracanych stron
poranna kawa
gazeta
każdego dnia
te same drogi
umieramy powoli
stając się
niewolnikiem
przyzwyczajenia
paleta emocji
traci barwy
na biurku
stosy kartek
niezapisanych
i tylko serce
bije mocniej
w konfrontacji
z błędami
i racjonalizmem