labirynt życia
pokonujemy
po omacku
idziemy
przed siebie
z nadzieją
kręte korytarze
kryją niespodzianki
i kłody
znienacka
rzucane pod nogi
odbijamy się
od ściany do ściany
szukamy drogi
wyjścia
by osiągnąć cel
siła zbudowana
na niepewności jutra
stabilna i drżąca
cisza w niej
kiełkuje
by wybuchnąć
świeżym wiatru
powiewem
składa słowa
wśród niebytu znaczeń
gesty zakłóca
potokiem chwil
niewezbranych
spokojna
szuka drogi
do przeznaczenia
ból ma granice
nieskończone
nie reaguje na gesty
nie słyszy słów
nie szuka obecności
skronie pulsują
świadomość rozsadza
duszę od środka
na pustkę
nie ma lekarstwa
ból wypełnia ją
po brzegi
i trwa
mgła
spowiła duszę
tiulem
białego bólu
żarem żalu
rozpaliła skronie
aż do krzyku
milczenia
i tylko
samotność
wierny towarzysz
każdej nocy
trwa na posterunku
by nadszedł
kolejny świt
nie mogę odejść
nie mogę zostać
trwam
choć nie wiem
czy wytrwam
wszędzie pełno
twojej
nieobecności
miłość
wdziera się
aż po brzegi samotności
by przetrwać
rozłąkę
ciał i dusz
do flakonu bezsenności
zbieram kolejne łzy
samotności
noc
rozstawia po kątach
spokój
rozsypuje gwiazdy
jak wspomnienia
długa i szara
nie przynosi ukojenia
szuka koloru
w nadchodzącym dniu
noc
odbiera mi
kolejny sen
wyostrza zmysły
do granic bólu
dusza
gubi słowa
myśli krążą
po orbitach zdarzeń
i tylko deszcz
obmywa świt
przed kolejnym
wyzwaniem