nad rzeką wspomnień
gęstnieje mgła
otula duszę
ciszą nieznaną
spokój świtu
lekko kołysze
tatarakiem
ptaki budzą
słońce
idzie
nowy dzień
zgubiłam się
na rozdrożu nocy
w ciemności
widać więcej
potykam się o ból
rozrywający duszę
na strzępy
gubię myśli
zadeptuję
drżenie rąk
rozbijam łzy
ciężkie
jak kamień
w ciemności
boję się mniej
idę kamienną drogą
przytłoczona
nadmiarem dnia
toczę głaz trosk
ciągle po górę
im bliżej nocy
tym trudniej
stawiać kolejne kroki
zmrok
rozbija myśli
na kamyki
dobra i zła
układa z nich
kolejne kilometry
dróg do przebycia
zamykam oczy
wtulona w myśl
zapamiętuje
zapominając kontury
gesty i słowa
kontekty wspomnień
zacierają
ślady bólu
cierpienie
rysuje je
grubą kreską
los
zakpił ze mnie
odbierając
radość poranka
przytłaczając
szarością dnia
nie daje szans
na wytchnienie
myśli
krępują gesty
skronie tętnią
strachem o jutro
w rosyjską ruletkę
z diabłem
przegrałam siebie
czas igra z ciszą
powoli
odmierza przestrzeń
na być i mieć
minuty
budują godziny obłędu
pośpiech
łamie sekundy na pół
milczenie
potęguje dzień
by krzykiem
zbudzić noc
odchodzę od siebie
gubiąc po drodze
wszystkie zmysły
beztrosko
przestałam widzieć
dalej niż horyzont
nie słucham
już krzyku
i podszeptów
idę przed siebie
wokół tylko pustka
nie czuję bólu
nie pamiętam szczęścia
obojętnieje
z każdym
kolejnym krokiem