nad rwącym potokiem
myśli igrają
z wiatrem
zdobywają
kolejne szczyty
rozbijając o skały
wędrujące marzenia
na szlakach
wspomnień
mijam
dobrych i złych
samotnie
idę w stronę słońca
by spalić żal
nocą przytul
gdy zrzucam pancerz
codzienności
ubierz mnie
w dotyk
jedwabiem szeptu
rozbij strach
scałuj ból
tętniący w skroniach
ochroń duszę
przed samotnością
uwięzioną w myślach
w dzień
po prostu bądź
z myśli bezsennych
utkałam pajęczynę
na nitki
jedna po drugiej
nanizuję perły łez
zawiązuję pętelki
niepamięci
by wspomnienia
nie uleciały
babim latem
oplatam słowa
nadzieją spełnienia
noc
metafora cierpienia
odliczana
godzinami samotności
przemijają
kolejne twarze
rozmywają słowa
blakną gesty
zostaje pustka
wypełniana
minutami wspomnień
sekundy
łamią myśli
na pół
by wypełnić strach
przed milczeniem
wzburzone niebo
zalało ziemię
łzami lata
krzykiem rozdarło
słoneczną powłokę
iskrami
paląc strach
ostudziło radość
zmyło zabawę
z plaży
spieniło falę
opustoszały ulice
i tylko w kałużach
tętniło życie
wyszłam z siebie
by w deszczu
oczyścić myśli
między samotnością
a pustką
szukam rozwiązania
krok za krokiem
opuszczona
zbieram kwiaty
żalem karmione
otulona szalem
utkanym z niepewności
przytulam strach
przemoknięty
do ostatniej łzy
nocą
wszystkie drogi
prowadzą do świtu
myśli biegną
nieubłaganie
omijając
drogowskazy słów
przyspieszają
potykając się
o milczenie
wiatr
rozwiewa wątpliwości
budząc poranek
ptasim śpiewem