szara beznadzieja
leniwie przechadza się
między ciszą
a krzykiem rozpaczy
stoimy na rozdrożu
być czy mieć
żyć czy istnieć
odejść czy trwać
chłód smaga
zmartwione twarze
wiatr szarpie
sumienia do krwi
stoimy na rozdrożu
być czy mieć
żyć czy istnieć
odejść czy trwać
chłód smaga
zmartwione twarze
wiatr szarpie
sumienia do krwi
w twoich ramionach
topniało
moje serce
niespiesznie
zadeptaliśmy
biały dywan
na leśnych ścieżkach
zostawiając ślady
mroźnych pocałunków
nie słychać kroków
cisza
brzmi samotnością
nie czuć dotyku
chłód przeszywa duszę
aż do kości
słowa
więzną w gardle
aż do pierwszego pocałunku