nocą sypnęła
mrozem
uliczny brud
przykryła
białym puchem
rano zaspała
szarość
otuliła codzienność
w labiryncie zła
słońce
nie może
przedrzeć się
przez chmury
rano zaspała
szarość
otuliła codzienność
w labiryncie zła
słońce
nie może
przedrzeć się
przez chmury
uśmiechem
uciszasz mój niepokój
przynosisz światło
wskazujesz drogę
nie pytasz
nie oczekujesz odpowiedzi
w milczeniu
wyciągasz dłoń
nie dajesz mi wyboru
tylko w twoich oczach
widać jutro
w ciągłym biegu
każdy w inną stronę
uliczkami
swoich miast
biegniemy
do siebie
by cieszyć się
muśnięciem warg
czułym szeptem
dotykiem łapczywym
krzykiem ciał
spragnionych
obiecałeś mi
gwiazdkę z nieba
ale księżyc
oślepił nas
czarnym aksamitem
płomień świecy
igrał beztrosko
z cieniem
naszych ciał
zatraconych
w rytmicznym tańcu serc
by pocałunkami
przywołać świt