zostawiłam za sobą
nienawiść
uśmiechem
zniszczyłam
kłody
rzucane pod nogi
problemy
same się
rozwiązały
a łzy przestały
palić skronie
w krętym labiryncie
codzienności
próbuję
odnaleźć drogę
do siebie
do szczęścia
do ciebie
w wysokiej trawie
znalazłam
klucz
który otworzy
każdą furtkę
w poszukiwaniu cienia
skryłam się
w ramionach lasu
zapach
rozgrzanego igliwia
przypominał wędrówkę
do źródła nas
wiatr ożywił emocje
zaklinając pamięć
pod palcami
chropowata kora
rzeźbiła
ścieżkę do zagubionego serca
rozgrzane ciała
wspominają
rozkosz dusznej nocy
w blasku gwiazd
mieni się
alabastrowa skóra
owiana mgiełką pocałunków
jak chłodnym jedwabiem
muśnięta aksamitnym dotykiem
silnej dłoni
nienasycona bliskością
drży w oczekiwaniu
pożądania
spacerując
po turkusowym niebie marzeń
leniwie
rozpycham chmury
szukając tęczy
ona pokoloruje
mój świat
gdy tylko
musnę go dłonią
letnim deszczykiem zmyje nienawiść
z leśnych dróg
złotym słońcem udekoruje skronie
ubrana w obłok zbiorę maliny
słodyczą nakarmię duszę
na progu nocy
księżyc osrebrzy drogę do szczęścia
gdy umiera przyjaciel
ginie cząstka świata
pustki w sercu
nie wypełni
ani rozpacz
ani śmiech
ani morze łez
ani nadzieja
zostaje osamotnienie
i ta myśl:
czy inni pogrzebią pamięć o mnie
gdy tylko przysypie mnie ziemia?
śmierć
paradoksalnie budzi do życia
szukamy w nim schronienia
stojąc nad trumną
wypatrujemy słońca
cieszę się słońcem
uśmiechem
witam każdy świt
namiętność
prowadzi duszę
do doskonałości
umysł traci kontrolę
by władzę nad ciałem
przejęło serce
radość
zatacza
coraz większe kręgi
jak kamyk
wrzucony do wody