złej myśli
nie da się oswoić
ucieka
jak zaszczuty pies
przed gradem słów
rzucanych kamieniem
błąka się
po pustyni uczuć
szarymi ulicami
obce spojrzenia
chmurny ton
bez końca
ją ignorują
opuszczona
wraca nocą
by łasić się jak kot
unosi się w powietrzu
wonny bez
chciałbyś go złapać
jak najwięcej
gdy nabierasz tchu
przelatuje obojętnie
nie da złapać się w sidła
a tobie jednemu
zostawia anielskie skrzydła
czy na rozstaju dróg
spotkanie nam było pisane
na przywitanie?
kamień
gdy spada
z serca
rozbija głowy
niewdzięcznikom
nie potrzeba
już pokuty
by zrozumieli
swój błąd
zamykam oczy
wsłuchując się w ciszę
pod powiekami
otwiera się świat
zbieram
strzępy duszy
gdy mija hardość
woalem
okryta twarz
płacze
trzeba pozwolić
nieść się losowi
bo upór
nie pozwala nam
kochać życia
między nocą
a świtem
zawieszona
w lekkim półśnie
zapadam się
w codzienność
szarą
pozbawioną złudzeń
gdzie nadzieja
siedzi skulona w kącie
a sens błąka się
po ulicach
bez celu
myślami przyciągasz
gdy deszcz dzwoni o szyby
jesteś jesienny
schowany w zadumie
nie pukaj więc w okno
nie dzwoń do drzwi
chcę pobyć z tobą
w milczeniu
ciężaru pustki
nie da się zważyć
nocą ołowiem
spływa na powieki
świtem odlatuje
na skrzydłach motyla
nie chce balastem
wspomnień
przysłaniać słońca
skacze
z chmurki na chmurkę
przerażona samotnością
z godziny na godzinę
ciąży duszy
jak brzemię