noc jak czas
pierzastych marzeń
gwiazdy jak ocean
senne tajemnice
skrywają
w dłonie chwytają
barwne motyle
które muskają nam wargi
i spacer po rosie
na boso
spoglądamy w niebo
tyle w nim czaru
jakby złotym
pyłem przysypane
spadają z nieba
anielskie łzy
jesieni
wieje chłodem
wiatr tańczy
depcząc
zeschnięte myśli
opadające z drzew
czerwienieją z bólu
żółkną i brązowieją
z rozpaczy
zgrabione na stertę
niepotrzebnych
wspomnień
oślepiona blaskiem
twoich kłamstw
tracę ostrość
widzenia
na chwilę
pod
wachlarzem rzęs
skrywam
kryształy łez
gdy mgła złości
opada na duszę
wyostrza słuch
wrażliwy
na każdy zgrzyt
twoich słów
pośród
zdarzeń dziwnych
co nadchodzą
szeleszcząc
otworzyły się
złote wrota
zatroskana
codziennością
przemierzam świat
podążam za wolnością
czekając aż odlecę
tam poczuję się
aniołem
nienawidzę
umierających promieni
słońca
i wewnętrznego smutku
wkradającego się deszczem
jesiennej desperacji
konwersacji z życiem
napawających duszę
niepokojem
czekając
aż wiosna nastanie
widzę anioła
odfrunąć bym z nim mogła
ale stoję
przy jesiennej ścianie
przytłoczona melancholią
dłutami wierszy
rzeźbić serca
tomami książek
wykarczować las
żyć
dla chwili szczęścia
i uśmiechnąć się
do lustra
skuci łańcuchami
w swoim rytmie życia
zamykając oczy biegniemy
pomiędzy kroplami deszczu
zgarniając po drodze
promyki słońca
szczęśliwe chwile łapiemy
tańcząc na krawędzi
myśląc
że życie zmieniamy
robimy krok
w horyzont wpatrzeni
w radości poranka
budzą się w nas
wieczorne tęsknoty
przewlekamy
melancholii nić
przez księżyca
srebrną poświatę
idziemy razem
skuci łańcuchami