w ogrodach
niepamięci
kiełkuje nadzieja
przebija twardą
skorupę
cierpienia
zakwita powoli
podlewana
łzami
wypijmy
do dna
nie płacąc
od miłości podatku
zakrztuśmy się
znowu naszą
bezsilnością
czerwieniącą
jak pąki róży
która kolcami
oplata nasze skronie
ciągniemy w dół
przepaścią jutra
gdzie
po lichym moście
znowu
będziemy się piąć
każdy
swoją ścianą do góry
uprośćmy życie
bym przeżyć
trudną sztukę
umierania
ze skrzynki
wyciągać
spełnione marzenia
nie słyszeć
krzykliwej
prawdy pośród tłumów
umieć rozdawać
jak karty
kawałeczki serca
po prostu
pięknie
żyć
krok w krok
za cieniem
podążam w mrok
nocy
w ciszy gwiazd
nie słyszę
niecierpliwego
stukotu mysli
krzyku
wypowiadanego
szeptem
delektując się
każdym gestem
zwalniam
chowając się
za krutyną rzęs
on i ona
niedopasowani
na dobre i złe
giną osobno
żyjąc razem
w słowie danym
na zawsze
wierni w kłamstwie
nieszczęśliwi
w prawdzie
razem
idą krok w krok
codziennie
uczą się
swojej roli
od nowa
by trwać
pomimo wszystko
kropla spadła
z łoskotem
na dno oceanu
wczorajsze wczoraj
jest takie
samo jak dziś
patrząc na świat
zza parawanu
zajadam
cierpień ostatnią kiść
ułudo
wyszywana
srebrzystym haftem
pragnienia
rzucasz na kolana
a potem
pozwalasz umierać
z niedosytu
i dzikiego łaknienia
widzę cię
jak krwawisz
chwilę
lub dwie
ułudo senności
przyleć z pomocą
horyzont
spoiwo powietrza
i wody
wypełnia się
obietnicą dnia
wtedy ślepo
wierzę
w szum fal
szept lasu
promień słońca
podążam
za światłem
słońca
i gwiazd
idę drogą
zaskakując
los
mojego ja
horyzont
to sens
tam
gdzie nie widać
oczu
zaczyna się pustka
słów
gdy milkną usta
prawda
staje się
głośniejsza
szczególnie
gdy zawisa
na szubienicy
rzęs