wychodząc z siebie
nie zapomnij
zatrzasnąć drzwi
uchylone
mogą kusić powrotem
do tego
co nieuniknione
wyrzuć klucz
do przeszłości
spal zapiski
na skrawkach nocy
pisane
zrób krok
w nieznane
buciorami
zadepczą strach
podążając
za marzeniem
łzami
zasznurują
myśli niepokorne
by szeptem
wykrzyczeć swoją
niezależność
tam i z powrotem
na skróty
na drugą stronę tęczy
idę oślepiona
słoneczną ułudą
za horyzontem
oaza spokoju
oddala się
o jeden
obrót ziemi
bezdenna pustka
w bezpiecznej
twierdzy
przybiera
monstrualne rozmiary
i odpływa
w nierealny
wymiar rzeczywistości
zakuwa w kajdany
izolacji
w dyby wyobcowania
błędne koło
zaściankowej drętwoty
tylko czasem
wspomnienia
gonią
i uciec nie mogę
idą
lasem
łąką
ulicą
zmierzając
do mojej
i tylko mojej
twierdzy
garść fałszu
rzucasz mi w oczy
jak piasek
z ludzkiej pustyni
zdarzeń
zamykam oczy
by piekło
nie ujrzało
światła dziennego
gdy oślepi
mnie promień
słońca
jednym spojrzeniem
zamienię w kamień
sztuczne uśmiechy
zła
kiedy dusza
przestaje grać
pierwsze skrzypce
dyrygent może zamknąć
partyturę życia
i tak orkiestra
zafałszuje
jego ton
nie pamiętam już
tych miejsc
gdzie szczęściem
szeleści trawa
śpiewem ptaków
rozkwita dzień
nie ma już
takich miejsc
gdzie słońce
ogrzeje kamień
by potrafił kochać
współczesnych romantyków
zalał industrialny
beton miast
szary pośpiech
i chłód pieniądza