odarty
ze słów
zrzucanych
w próżnię tłumu
szukasz
gestów
zaprzyjaźnionych
nieme twarze
ogladają
ten teatr
niedowierzając
cieniom
gdy opadnie
kurtyna
kolorowe piórka
stracą blask
król
będzie nagi
wytknęli palcami
wykrzywioną
cały dzień
twarz
śmiali się jak
z każdego
cudu
zwyczajnie
widzianego jedyny
raz w życiu
oklaskiwali
jak prawdziwego bohatera
oskarżyli
jak przestępcę
skazali
usuwając własne winy
nieistotnie pominięte
zapomnisz i ty
ta cześć
pamięci umrze
bez nagrobka
odjedziesz z peronu
na którym
panuje pustka
w kierunku
maratonu błaznów
nie pytaj
jak daleko jesteś
w jakim kierunku
pokonujesz drogę
to nie
jest logiczne
bo tylko uciekasz
za horyzontem
zbłąkany
wiatr
w pustym
stepie
gdzie słońce
ze snu
się budzi
przypiął
mi skrzydła
byłam aniołem
we łzach
twoich oczu
byłeś tarczą
co chroni
od złego
i to nieważne
że tylko wiatr
wiedział
że byłeś tak blisko
ze snów
twoich zszyte
chwile
dałeś mi wiarę
że mogę już wzlecieć
by zatrzeć
swoje ślady
w stepie
pod maską
uśmiechu
skrywane
cierpienie
ucieka
przed kolejnym
dniem
zamknięte
w sobie
każdego dnia
doświadcza
przyjemności
oswajania
bólu
obojętności
nie boję się
chłodu
twoich słów
deszczu
wspomnień
nieprzemakalna
za parasolem
dłoni
skrywam
tęsknotę
dystansuję
gesty
złowrogie
spokojem
milczeniem
zapełniam
czas
kryształy łez
anielskich
spadają
na bruk
zszarzałych ulic
zdeptane
już nie
błyszczą
śnieżnym puchem
pod stopami
niecierpliwych
kroków
wyszłam
przed siebie
w noc
bezsenną
między palcami
gwiazd
przeciekają
dni zszargane
bólem czasu
wiatr
łamie kolejne
obietnice
blaskiem księżyca
otula się
nadzieja
dusza
marznie