spowszedniało
to nasze życie
w pędzie
donikąd
spowszedniało
to szczęście
kradzione
zegarom
spowszedniało
jak chleb
codziennie
łamany
najpierw
padł rozkaz
potem
ludzi tysiące
na barykadach
wolności
ginęli
łamiąc skrzydła
nadziei
z krwawiącą
duszą
stawiali mury
obracając
w popiół
dorobek pokoleń
strzelając
na oślep
bólem
i nienawiścią
rozszarpana
na kształt krzyża
droga życia
myśli bezdomne
rzucane
na tułaczkę
aby na drodze
ludzkiego istnienia
kroczyć
wśród mroków ciszy
usłana chwilami
droga radości
i bólu
powoli mija
te chwile
budując życie
szybko przemijają
jak światełko
zbawienia
jak pochodnie
paląc
ognisko duszy
na zawsze
w pustce
wypowiadanych
na wiatr
słów
szukamy sensu
aż do granic
zwątpienia
brniemy
przez pustynną
samotność
duszy
gdy dzień
ucieka
przed nocą
w srebrnym
blasku
bezsenny księżyc
szuka swojej
tożsamości
w pełni
lekcje życia
odrabiamy
na przewie
w pośpiechu
przepisując
na kolanie
błędy innych
wyrwani
do odpowiedzi
nie znamy
zasad
i reguł
przy dżwiękach
szyderczych
uśmiechów
oblewamy
kolejny egzamin
w pośpiechu
potknęłam się
o sens
straconych dni
marzenia
rozsypały się
z torebki
odlatując
z wiatrem
tam
gdzie
pozbędą się
złudzeń
opadną
jak plaster
na rany
codzienności
te goją się
najtrudniej