w mroku promieni
idziemy
po omacku
oślepieni
fałszem tłumu
szukamy
światła
oczami duszy
widzimy
więcej
słysząc
jak najmniej
słów
zasnąć
by
zatonąć
w głębi nocy
bezpowrotnie
odkrywać
pod powiekami
nie zdobyte
jeszcze lądy
dryfować
w objęciach
Morfeusza
bez końca
by
zbudzić się
na szczęśliwej
wyspie dnia
jak pustelnik
stoję
na skraju końca
rozmyślam
nie widzę słońca
popaść
w zapomnienie
zniszczyć
ostatnie wspomnienie
ulepiona
z gliny marzeń
z wiatru zdarzeń
rozpalona
żarem gniewu
rozkładam
skrzydła
poszukuje lądu
miejsca
wolności
kolejny dzień
zabijam
powoli
przekręconym
licznikiem
spraw załatwionych
i stosem
szans
niewykorzystanych
hałasem ciszy
brzmiącym
złowrogo
godziną
rozciągniętą
od świtu
do świtu
powoli
zabijam
kolejny dzień
w łachmanach
na ławce
odpoczywa
los zadrwił
z niej
codziennie
budziła
się z nadzieją
próbowała
wdrapać się
na szczyt
spadła
na samo dno
liczyła
na pociąg
do stacji
miłość
nie zdążyła
świat dookoła
traci barwy
i sens
psuje każdą
chwilę życia
zrujnowała
przyszłość
zatrzaskując
za sobą drzwi
los wykupił
jej bilet
w jedną stronę
na stację
dla przegranych
nie da się
tak po prostu
wyjść
z własnego życia
zamknąć drzwi
przed nosem
innych
zatrzasnąć
wspomnień
w szczelnej klatce
przeszłości
zostawić
niedokończone
sprawy
ważne
i błahych stos
nie da się żyć
gdy ciało
za ciasne
dla duszy
cierpienie
w słowa
zaklęte
nocą ból
dzieli
na strofy
lęki
składa
w rymy
dokładne
nadzieję
skrywając
między
wierszami
rozgrzesza