deszcz
zmyje obawy
zamknie
szepty
wysnute
z pamięci
a na nich
wyrosną
drzewa
trwałe
jak skały
byś nam grała
piękna
wieczna
burzo
w raju
leśnym
zacienionym
gdzie
odchodzi
twój majestat
złamane obietnice
rozdzierają
ciszę
krzywoprzysięstwa
bez powodu
jak nędzarz
zostajesz
na progu
z dłonią
wyciągniętą
co łaska
po puste słowa
pełne kłamstw
nie warte
nawet
judaszowego
srebrnika
pośród rwącego
tłumu
płatnych
morderców
serdeczności
odpowiada mi
tylko echo
kłamstw
na czerwonym
świetle
pragną
obejrzeć
ostatni
zachód słońca
wbrew negacji
miliony twarzy
szarych
zapylonych masek
o wyblakłych
z egzystencji
źrenicach
żyjących
kłamstwem
i z kłamstwa
rzucam monetą
a więc znów
tu wrócą
rozsunęłam
chmury
by odetchnąć
niebem
stoję
na skraju
piekła pokonana
gradem łez
wiatr
zaplatam
w warkocze trosk
spopielałam
a chłód
otulił skronie
tarczą
charakteru
odeprzyj
kolejny zamach
na twoją duszę
mieczem słów
przetnij
sznur
ignorancji
przed odarciem
z resztek uczuć
osłoni cię
zbroja myśli
niewypowiedzianych
miłość
bezsenna
igra cieniem
rozedrganym
z płomieniem
świecy
plącze zmysły
rozpalonym
dotykiem warg
pieści noc
szeptem
rozkoszy
by błogo
zgasnąć
nad ranem
trudno
wybaczyć
zamach
na spokój
własnej duszy
kołatanej
dniem
i nocą
bezsenność
zabija
ją powoli
ostrzem
codzienności
szarością
kompromisów
bez końca
trudno
wybaczyć sobie