łagodność
mroczej duszy
nabiera
barw nocą
gdy budzą się
demony
czarny charakter
białej duszy
blednie
w szarościach
codzienności
bo odlatują
anioły
donikąd
największą niewolą
jest obojętność
jej pęta
krępują umysł
bardziej
niż sznur
tnący
nagdarstki
aż do bólu
w letargu
dusza obumiera
i nie wie
że może walczyć
o siebie
splątana
nie potrafi
zrobić
kroku
jednego kroku
naprzód
błazen
co przywdziewa
maskę króla
nie potrafi
z godnością
korony nosić
berło mu ciąży
jak kłamstw
zapisane księgi
skronie krwawią
pod klejnotów
ciężarem
gdy piryt
blask stracił
jedność
się rozpadła
wojuje kijem
bo miecz
nie dla niego
za duży
za ciężki
zbyt męski
w gronostajach
staje się
karykaturą
samego siebie
płakały
samotnie
na rozstaju
widma drzew
w słońcu
ponad
szczytami gór
w szeleszczących
szeptem liści
na kamiennym
ołtarzu
martwym i zimnym
cierpiał ptak
będąc niewinnym
na tamtej ziemi
tamtego czasu
za nas
za wielu
w poczekalni
życia
jak pomięte płaszcze
wiszą marzenia
niektóre
dojrzewają czekając
na swój czas
inne kołkiem
przebite
usychają
z dnia na dzień
tracąc sens
istnienia
jak liście
opadające z drzew
blizny
znaczą serce
zapamiętaniem
jak pręgi
na duszy
oznaczone bólem
spływają łzą
wyryte
w głowie
niepamięcią
siły i pokory
szukam
czego nie zgubiłam
myśli
niepozbieranych
słów
niezapamiętanych
czynów
niedokonanych
znajduję
tylko
ciszę niepokorną
i niedoskonałość
na rozstaju dróg
gubiąc
to co
nieuniknione
idę dalej