dzień
odbity w szybach
skąpanych
w światłach
bladych
istnieje
tylko pomiędzy
kroplami fantazji
sercem
otwiera
podwoje stacji
do nieba
łaknie spokoju
jak drzewo
wichrem powalone
rozplącze
zapadłe
pęta marzeń
nim zaśnie
uwięzieni
w konwenansach
między
proszę a dziękuję
zagryzamy wargi
by prawda
bolała mniej
milczeniem
mówimy więcej
tnąc ciszę
krzykiem
tłumu
coraz mniej nocy
na sen
zamyśleniem
zajęta
ucieka godzinami
w świt
majączący
bladym światłem
latarni
nie ogląda się
za siebie
gubiąc aksamit
czernią łez
malowany
zostawia
tylko plamy
na serc
jak niewyraźne
widmo
kręcące się
po ciemnym morzu
idziemy
w świat
oskalpowany
z ideałów
wymoszczony
kłamliwą propagandą
sterowany
przez panów
cywilizacji
paraliżująca
niemoc
jednego człowieka
niezdolnego
do walki
idącego
w niewytłumaczalnym
kierunku
szara chmara
zamglonych umysłów
pędzących za zyskiem
wyrwie się
łamiąc się opłatkiem
pomyśli
o tym lepszym świecie
spopielała dusza
nie snuje
marzeń
splata tylko
nici dni białe
z czernią nocy
i tak szarością
otulona
idzie przed siebie
bez celu
zastrzeliłeś
mnie słowem
zadźgałeś
kłamstwami
umarłam
krzycząc
z bezradności
bez szans
na obronę
niewinnych ludzi
idąc pod prąd
cienie
mają dziwnie
znajomy kształ
nie dają
chwili wytchnienia
powoli zrzucając
ogniwa łańcuch
dążymy do wolności
bo to nasze prawo
w morzu domysłów
najłatwiej utonąć
zwłaszcza
że sieci
zarzucone
przez wroga
nie ułatwiają pływania
trzeba je omijać
jak rafy
oślepiają widokiem
dlatego
łatwo się o nie rozbić
tonąc
nie ma co liczyć
na wyciągniętą dłoń
i koło ratunkowe