tęsknota
niewypowiedziana
tli się w duszy
płomykiem
nadziei
na miłość świadomą
dwóch serc
na ciszę
szeptem wypełnioną
po brzegi
i dotyk
zniecierpliwiony
grzechem
cień
smutny
zimny
i szary
nie-przyjaciel
człowieka
snuje się
za nim
krok w krok
niechciany
jak anioł stróż
w ciemnej uliczce
i diabeł
na skraju
przepaści
nie można
na nim polegać
choć zawsze
jest
ile to jeszcze nocy
do dnia
spokojnego
bez wiatru
rozstawiającego
po kątach
i burz
grzmiących złowrogo
marzeń zatopionych
w kałużach łez
i szczęść zadeptanych
pośpiechem
od słońca
wschodzącego
z uśmiechem
do zmierzchu
gwiazdą lśniącego
ile to jeszcze nocy
podążając
ślepą uliczką
złudzeń
w pośpiechu
gubisz
dzień za dniem
a drogowskazy
wspomnień
wskazują
tylko drogę
pod prąd
deszcz
zmyje obawy
pozbiera popioły
gruzy stuleci
patrzysz na błędy
kamienny aniele
taki oziębły
te białe skrzydła
jasna twarz
i złoty krąg
co oświetla
twe bezlitosne oblicze
milczysz
nad trybunałem
potępieńców
bo jaśniej
im świecą
na grobach
znicze
cisza
brakujące słowa
między nami
usta milczą
zasłonięte
niepewnością
dotyk
zatrzymany gestem
w połowie myśli
tnie jak brzytwa
zadając kolejną
bezkrwawą ranę
z niedopowiedzeń
utkane myśli
nie mają początku
błądząc
zostawiają
tylko ślady
znaki
i poszlaki
dobre i złe
słowa
sensem
poszarpane
szukają zakończenia