splot zdarzeń
przypadkowych
nakręca
spiralę obojętności
uwaga rozproszona
na godziny
historie
słowa wyrzucane
z sensem nonsensu
zagubione
przebłyski szczęścia
giną w piętrowych
nieporozumieniach
codzienności
malarz
płótno wypełnia
emocjami
trzyma je w ryzach ram
wybiera
odpowiednie
komnaty życia
autobiograf ludzi
choć wokół nas
sami krytycy
on wie że
człowiek
to nie zimny marmur
posiada swoją
siłę oporu
rozum
dumę
serce
z rozmachem
nakreśla czas
sytuacje
zdarzenia
by powstała pełna
barw magiczna
postać
niepodobna do nikogo
zagubiona
ciągle szuka
sensu
antypody duszy
przemierza
by znaleźć drogę
do siebie
między
sercem a rozumem
utkała
pajęczynę myśli
po niej
wspina się
do celu
zrozpaczona
stoisz
w ciemności
serce
dusi się w pułapce
zgniecione
nim zapadnie zmrok
pójdzie na spacer
przez ciemny park
duszy
szarobura
rzeczywistość
w odcieniach
grafitu i asfaltu
w nasyceniu
betonu i smutku
i my biegnący
do celu
bez celu
nigdzie
mistyfikacja
człowiek
cieniem własnym
się staje
by ukryć emocje
rozszarpujące duszę
maską trefnisia
zasłania oczy
bólem podkreślone
krwią zagryzione wargi
zapomniały już
jak się uśmiechać
rozpętała się burza
między
dniem a nocą
niebo pochmurniało
piorunem przecięte
dobro i zło
na skrajach tęczy
rozstawione
strzela do siebie
mimochodem
krzyształy łez
płomieniem gasi
spopielała ziemia
choć wiosną
przystrojona
i czeka
aż zakwitnie
nadzieja w sercach
wśród uprzedzeń
nietrwały
obieg słów
w otchłani życia
prorocy
dziwnych prawd
pośród burzliwych
fal destrukcji
jedynie
światły umysł
wyznaje równość
na przekór
stworzeniu