napełnieni
po brzegi
chmurnością
zdumieni
szelestem spadamy
śpiewa wiatr
pachnie od gwiazd
to magia
wlewa się nam
do gardeł
ociekając
jak krew w żyłach
zdumieni
zatrzymujemy
się przed porankiem
aby poczuć
zapach skoszonych traw
we mgle
zepsuty gramofon
wyje
niedomknięte
okno trzeszczy
jak złwroga
bestia
wiatr szarpie
potargane włosy
wygłodniałym
podmuchem
szyderczy śmiech
czai
się za drzewem
nicości
nastała cisza
wiatr
speszony ucichł
śmiech zniknął
w cieniu bólu
pozostawiając rozpacz
płynącą
strumieniem śmierci
nad zgliszczami
świata
na wyblakłej
fotografii
z twarzą
bez oddechu
stąpałeś
po kartkach historii
zostawiając
odciski
krwawych stóp
na polnej drodze
a drutem kolczastym
w raminach
przerażonej matki
zostając
wciąż z tyłu
liczyłeś
kolejne sekundy
swojego istnienia
czekając na ratunek
modliłeś się o jutro
cisza krzyczy
obojętnością
twarzy mijanych
w pośpiechu
milczeniem
kreśli ból
żalu niewykrzyczanego
bez emocji
uciekając
potyka się
o setki słów
bez znaczenia
bez fundamentów
z przeraźliwie
skrzypiącym sercem
z wielkimi oczami
wpatrzonymi
w pustą
drogę życia
pełny
a tak przeraźliwie
pusty
z murami
z cegły
bez duszy
z kroplami
łez na szkle
stary dom
milczy historię
głośną
a tak cichą
ciepłą
a tak chłodną
naszą
zapadam się
w miękki fotel
zapomnienia
w niebycie dnia
cisza
nicnierobienia
rozbija się
o tłum
niezałatwionych
spraw
w światłach nocy
myśli
nabierają realnych kształtów
w miękkim fotelu
zatracenia
w samotności
dusza rozpada się
na milion kawałków
noc za krótka
by poskładać ją
od nowa
nikogo w pobliżu
obok zimny głaz
i siebie
jakby
coraz mniej