jak żona Lota
zastygłam
na chwilę
bólem istnienia
przeszyta
od stóp do głów
skamieniałam
budując pancerz
obojętności
nie dopuszczam
do siebie
dobra
zła
ciebie
bez słowa
zamknęła
za sobą drzwi
zabrała
tylko torebkę
i dumę
obcasami odliczała
stracone
dni
miesiące
lata
nie patrząc
za siebie
doszła do ściany
odbezpieczyła
broń
strzelała emocjami
na oślep
wystrzelała
cały magazynek
wspomnień
nie raniąc
serca i duszy
wróciła
do siebie
pamięć
jak narkotyk
uzależnia
myśli
słowa
gesty
przytłacza
ciężarem
niezapomnianego
segreguje
wspomnienia
białe i czarne
dobre i złe
nabiera rumieńców
gdy wyrzuca
kolejne z nich
podekscytowana
robi miejsce
na nowe
w czterech
ścianach nocy
zamknięta
ja i cisza
myśli
tkają pajęczynę
chwil ulotnych
dni straconych
słów odliczanych
co minutę
zamiast snu
przyszedł
świt
krzyk miliona
serce
przykute łańcuchem
niewola
w obłędzie
nie dostrzegamy
końca tunelu
bezradni
stoimy
w ciemnościach
dusza dusi się
w pułapce
zgnieciona
wciśnięta
w mrok
dotykałeś
jej codziennie
nie czułeś
spotykałeś
na ulicy
byłeś zbyt głupi
zbyt ślepy
zbyt pewny siebie
by dostrzec
wolność
utonęłam
w ciszy nocy
zawieszona
między snem a jawą
pod powiekami
szukam klucza
do bram Morfeusza
pajęczyną myśli
od gwiazdy
do gwiazdy
zaznaczam
ścieżkę do świtu
szeleściła
żółto-czerwonym
płaszczem liści
spacerując
parkową aleją
smutku
ukrywała łzy
w strugach deszczu
chłodem wiatru
otulona
w kałużach
przeglądała
swoją duszę