cisza
przytłacza noc
siłą swego głosu
ma już dość
słów rzucanych
na wiatr
niepamięci
zagłusza
wołanie duszy
utraconej
milczy
i tylko oczy
krzyczą
bólem
czekanie
wzmaga apetyt
na kolejny kęs życia
niebo
błękitem płynące
trawę szeleszczącą
pod stopami
i słońce
załamujące promienie
tam - za horyzontem
gdzie ziemia
pali się
pod niecierpliwymi stopami
wiatru
wspomnienia
codziennie
od nowa
przeprowadzają
operacje
na otwartym sercu
dusza krwawi
niemym krzykiem
zacierając
ślady łzami
blizny
bandażuje słowami
nad przepaścią
życia i śmierci
zawisła
pajęczyna nocy
zachłannie
zaplata sidła
na samotność
na ból
na trwanie
przywiązuje dusze
zaciskając
na szyi pętlę
bezsenności
wiąże supełki
niepamięci
do zapamiętania
kolejnych godzin
odliczanych
pojedynczo
przełamaliśmy się
pogardą
przy wspólnym
stole obcych twarzy
smakowaliśmy zemsty
na dwanaście
postnych sposobów
rozpakowaliśmy
ustrojone
w kolorowe kokardy
żale
pretensje
kłamstwa
i strach
obdarowani
przyjaźni fałszem
życzymy sobie
wszystkiego
atrament
oddaje wszystko
według traktatu
czuję się
niewolnikiem
barwy na papierze
jego ciepłem
bliskością
dzielę się
jak okruchami
mego serca
to mój kontrakt
pomiędzy
sferą widzialną
i niewidzialną
jak między
życiem a śmiercią
spopielałe
bólem źrenice
gasną
z każdą łzą
spływającą doliną
smutku gdzieś
pomiędzy
uśmiechem
a myślą tętniącą
powieki
jak balsam
otulają rany
wypalone solą
rozpaczy