zniewoliłam duszę
myślą złą
od świtu do nocy
zadręcza ją pytaniem
o sens kolejnych dni
hamletyzując
błądzi
po zakamarkach
tam gdzie
być i mieć
toczy odwieczną walkę
rozdarta
między jestestwem
a metafizyką znaczeń
szuka odpowiedzi
by istnieć
miłość
dziko rośnie
bluszczem trującym
okala skronie
rośnie
coraz wyżej
zanurzając duszę
w kokonie
pnączy
plączą się myśli
słowa gestem
na krótko
uczucia
jak liście wyschną
i z wiatrem ulecą
w nieznane
nim świt się zbudzi
kamiennym snem
noc tuszuje dzień
pod powiekami
maluje abstrakcje
by wczoraj
lepiej zapamiętać
ptasim śpiewem
zagłusza krzyki
promykami słońca
ociepla jutro
zrzuca kołdrę
utkaną z mgły
by przejrzeć na oczy
uważaj na słowa
potrafią przygnieść
duszę aż do ziemi
ułożone równo
w rzędy
potrzebują wyobraźni
by rozszyfrrwać
kod wieloznaczeń
między wersami
zafałszowanych uczuć
tysiące
rozbijają się
o twarde myśli
ulotność chwil
niezwykłych
zapisuje na wieki
zapamiętując
ich smak
zapach
prawdziwość
tęsknota nocą
mówi najwięcej
z gwiazd układa
brakujące
słowa miłości
otulona wiatrem
rozpoczyna taniec
z szeptem
rozkołysanych drzew
zapatrzona
w oczy księżyca
wyznaje
wszystkie winy
za woalem myśli
skryta samotność
odlicza czas
pustymi krokami
czeka na jeden gest
zawieszony
między igraszką
a czułością
za drzwiami słów
porzuciła niepewność
chwil malowanych ciszą
by na skrzydłach trosk
unieść dzień
tak wysoko
by w cieniu nocy
znaleźć ukojenia
kolejny dzień
wypalił piętno
na duszy
popękała śmiechem
radosnym
ale i tak
łzami
ból się sączy
przez noc
rana się zabliźni
by o świcie
przyjąć kolejny cios