kołysanka świata
deszcz
melodia grana
przez lata
bez nut
bez słów
bez chwytów
pogoda ponura
melancholia się pogłębia
wszyscy
gdzieś pędzą
nikt nie przystaje
ja zostaje
patrze jak pada
marnuje czas
warto
zatrzymać się
choć jeden raz
zobaczyć piękno
powstaje na chmurze
a opadając
na ziemię
ginie
cisza
brzmi milczeniem
zagłuszając
szepty nocy
cisza
rozjaśnia
myśli chmurne
aż do świtu
cisza
krzykiem
zabija samotność
rozszarpując ból
na strzępy
zatopiłam się
w strugach egzystencji
okaleczona
przez zło
zagłaskana
przez dobro
uciekam
codziennie
wśród niechcianych cieni
wycinanych drzew
tyle
jest śmieszności
we współczuciu
i wiele fałszu
naprawdę umiera
tylko to
o czym zapominamy
na rozstaju myśli
szukam rozwiązania
odliczam kroki
by nie iść
donikąd
patrzę w lewo
nicość
pochłania
każdy gest
z prawej
nasłuchuję szeptów
na zachętę
cicho
pusto
i tylko latarnia
oświetla drogę
w nieznane
stanęłam
na skraju duszy
wpatrzona
w plecy dnia
z każdym krokiem
oddalał się
coraz bardziej
nie mówił
nie patrzył
nie słuchał
porzucona
czekam
aż zapadnie
ciemność nocy
wtedy
kłamstwa
smakują najlepiej
tam gdzie nie widać oczu
milkną słowa
niewypowiedziane myśli
zamazują dźwięki
pustka
nicość szuka przystani
port widmo
ma ukoić ból
pulsujący w skroniach
w szalejącym
sztormie uczuć
tli się w oddali
latarnika ślad
w ciszy
nie znajdzie zrozumienia
trwa w nicości
jak być
albo nie być
hamletyzuje
by słowem
nie zakłócić
bezsensu
rozpada się
by zacząć
żyć od nowa