płyniesz
przez życie
na tratwie złudzeń
rozdarty na strzępy
na fundamentach
kłamstw
budujesz pałace
burzone
przez powiew
gorzkiej prawdy
szukając
swojego miejsca
potykasz
się na progach
niegościnnych domów
dryfujesz
błądząc w labiryncie
poległych marzeń
do portu
którego nie ma
las
pogrążony
w jesieni
nie znajduje
pocieszenia
płacze
szarością nieba
otula się
chłodem wiatru
obsypuje
czerwienią głogu
pożółkłe liście
spadają
jakby chciały
mnie ogrzać
resztkami
minionego lata
zrzuciłam
z siebie miasto
wyczesałam z włosów
troski dnia
makijaż
spłynął
smutkiem łez
rozmazując uśmiech
karminą malowany
ubrana
tylko w noc
idę koronkowym
szlakiem
w ramiona
gwiazd
gasną myśli
jak światła
puste ściany
obdarte
czasem dnia
życie
w labiryncie
błądzimy
szukając wyjścia
w zamkniętych
kloszach lamp
zatrzymał się czas
a nam pozostał
szelest
przewracanych stron
robię
krok w tył
przed tym
co nieuniknione
zamykam oczy
by nie słyszeć
myśli pędzących
w przyszłość
milczę
by nie widzieć
tego co
przyniesie jutro
nie słucham
bo nie mogę krzyknąć
wróć
na rozstaju
serca i rozumu
została pustka
drogowskazy
słów i gestów
nie wskazują
żadnego kierunku
złe myśli
odchodząc
zgubiły rozsądek
wiatr rozwiał
łzy i śmiech
tylko
droga donikąd
prowadzi
przez ciszę
utkałam
swój świat
zbyt delikatnie
teraz czuję
jak powoli
pęka w szwach
myśli plączą
słowa i gesty
nitka po nitce
prują się marzenia
tylko krok
dzieli czas
od samotności