zardzewiałym kluczem
otworzyłam
furtkę starego ogrodu
tu nieśmiało
wstaje poranek
wielobarwny labirynt
śpiew ptaków
mgła szumu drzew
ukoją zbolałą
duszę
wiatr na chwilę
przeniesie cię
do krainy marzeń
aby osuszyć łzy
i radość
w sercu wzniecić
zanurzam się w myślach
zegar bije wolno
by nie spłoszyć chwili
bez księżyca
bez gwiazd
zgasło słońce
na pochmurnym niebie
deszcz łez
zbiera się w chmury
wiatr
groźny wieje
kartki z kalendarza
spadają wolno
by swym biegiem
nie spłoszyć marzeń
pamięć
granitem nabrzmiewa
składa sentencje
od serca do łez
słowo po słowie
marmurem odziane
nabiera znaczenia
wyryłam DNA myśli
w kamieniu
dojrzewa
z każdym dniem
w ciszy
zmrok
zapada szybciej
gęstnieje
z minuty na minutę
pełen szeptów
półsłówek
półgestów
jaśnieje
co pół chwili
kolejną myślą
słowem
gestem
świt
nadchodzi
z każdym krokiem
stoi dumnie
obdarte z życia
poszarzałe bólem
silne i wytrwałe
nagie
pozbawione złudzeń
wiatr smaga
połamane żalem
ramiona
rozpostarte
ku słońcu
szukają pocieszenia
zbiera siły
by zakwitnąć
nadzieją
droga życia
kamieniami usłana
a dusza
grzęźnie w udręce
kraina wyobraźni
za zamkniętymi oczami
brnie
niezłomnie
do przodu
nadzieja
często zawodzi
nikt nie zna jutra
o jeden ból
za daleko
pękła cisza
rozsypując
hałas słów
płyną
rwącym potokiem
nurt porywa
sens
kolejnych dni
nikną znaczenia
gubią się zmysły
pustka
gromadzi minuty
miarowo
spokojnie
na czas