biegnę boso
po kałużach
rozpromieniona
deszczem
gonię wspomnienia
kocha
lubi
szanuje
niebo
tęczę maluje
zapominam
nie chce
nie dba
żartuje
rozdeptuję ślady
na mokrym piasku
biegnę boso
po kałużach
z tęsknoty
utkana jesień
idzie
niepewnym krokiem
liście spadają
rwane wiatrem
splątane gałęzie
łamią się
pod ciężarem
rozpaczy
dusza
chłodem przeszyta
zbiera bukiety
z liści
czerwonych i szczerozłotych
czas
zabliźnia rany
cienką warstwą
niepamięci
samotność ciszy
jak gorzki lek
przynosi ukojenie
skołatanej duszy
myśli niepozbierane
bandażują usta
milczeniem
mgła
spowiła tłum
jesiennych
twarzy
smutek
ukryła pod woalem
myśli zgubionych
w pośpiechu
idę powoli
w deszcz
wielkie
krople bólu
rozbijają się
o bruk
drzazgi łez
wbite w duszę
krwawią
codziennością
ty i ja
trwamy
w splecionych ramionach
jak drzewo
trzymasz
moje ciało i duszę
patrzę
w twoje oczy
wtulam się
w zapach
ulegam zmysłom
rozkwitam
jak kwiat
rozpacz
sznuruje usta
duszy
słowa
więdną w gardle
zalane łzami
toną marzenia
i plany
noce i dnie
szarzeją
przepełnione pustką
pękają z bólu
woalem mgły
otulony świt
sine niebo
walczy
ze smutkiem
i tylko
krzyk
odlatujących ptaków
daje nadzieję
na powrót
słońca