na deskach sumienia
nawet wytrawny aktor
zdziera z twarzy
maskę trefnisia
na pustej scenie
bez widowni
już nie musi być
bohaterem
amantem
czarnym charakterem
odarty z kostiumu
musi przetrwać sąd
tu liczy się
słowo
prawda
czystość
bystry błazen
lepiej zagra życie
niż mędrzec bez dystansu
i szaleństwa
błądzę pomiędzy
ludzkimi wadami
kim jestem
skąd przyszłam
dokąd idę
milczę
uśmiechając się
po policzku płynie
ponura łza
stoję pod starym drzewem
nie pamiętam
po co
zamykam oczy
cisza
krzykiem
się staje
drzewo moje
utrzymało już wiele
gwiazd
dla ciebie
listopadowy chłód
jesieni
przenika do kości
deszczem
pożółkłych liści
obsypuje
parkowe aleje zadumy
kasztanami
wyznacza drogę
do wspomień
tam, gdzie słońcem
złociły się dęby
głóg czerwienią się mienił
teraz mgła
szczelnie okryła ziemię
wilgotnym
szeleszczącym ortalionem
złudzeń
musimy przeczekać
szarugę zła
niedługo minie
lubię dotyk
twoich dłoni
subtelny
choć pełen pożądania
delikatny
choć pełen siły
ciepły
choć drży
z niepewności
lubię dotyk
twoich ust
miękki
choć twarde umiesz stawiać warunki
słodki
choć czasem wspominasz gorycz dnia
namiętny
choć to dopiero początek dnia
lubię dotyk twoich oczu
prawdziwy
choć skrywasz go za parawanem rzęs
czuły
choć czasem zachodzi mgiełką łez
błękitny
choć tak możesz dać mi trochę nieba
o skałę obojętności
rozbił się anioł
siła wiatru
złamała mu skrzydło
łzy wydrążyły
kamień
twardy, zimny
w jego szczelinach
zakwitła wątpliwość
nieufność
a ból
przestał palić skronie
mimo
przeciwności losu
ogrzana słońcem dusza
szuka tęczy
prostując opatrzone skrzydła
patrzy
jak kiełkuje miłość
burząc szczęście
czas pędzi
nie rozglądając się
na ludzi
nie słyszy szeptów
nie czuje dotyku serca
zaciera granice
między sensem
a pustką
popadając
w niebyt
płomień świecy
ogrzewa pamięć
na cmentarzysku
pełnym wspomnień
miłości i żalu
szukając odpowiedzi
ratunku dla duszy
egoistycznie
pytamy: dlaczego?
mijając szachownicę
niepamięci
między gwarem a pustką
wsłuchujemy się
w takt serca
odczuwając
stratę