upadł anioł
pod presją zła
złamał skrzydło
i zamiast nieba
zobaczył bruk
pychy i buntu
piekło
skulony w kącie
powoli
staje się
diabłem
sadzą maskuje
skrzydła
by nie wzlecieć
w chmury
nadziei
coraz bliżej
zachmurzone
niebo myśli
umysł balansuje
na granicy przenikań
w buncie
przeciw poddaniu
słona kropla
sumienia
przemoknięte
spojrzenie duszy
tama niedomówień
rwący potok słów
to ulubiona
sala egzekucji
humorów zwątpień i użalań
niewolniku
własnej swobody
masz moc
w świecie
który stworzysz
stajesz się uciekinierem
zamykając drzwi
by usprawiedliwić istnienie
poświata człowieczeństwa
tli się marną iskrą
puste słowa
przekleństwa
w łachmanach
klęczy na chodniku
z zapisaną kartką
potop męczarni i brudu
okrutnie okaleczeni
porzuceni niczym
bezpańskie psy
nasza pogarda
ośmiesza ludzki los
przez nienawiść
z braku winy własnej
zalewa ulice i parki
jak katastrofa
nasza wielka wszechwiedza
w studni głupoty
żyje tak
jakby niczego nie było
a może być prościej
lepiej
sprawiedliwiej
pamięć
jak brzemię
dźwiga
wszystkie nasze
troski
jak niebieski ptak
wzlatuje
do chmur
by deszczykiem
radości
ożywić czas
w niezapamiętaniu
pamięć
nie ma sobie
równych
codziennie
zapisując
kolejne rzędy liter
w głęboką studnię
obłudy
wrzuciłam kamień
by znaleźć jej dno
spadał długo
malując
na lodowatej tafli
kłamstwo
zdradę
ból
krystaliczne
krople łez
opadały
na mur
zdobiąc
je gniewem
bezradności
a kamień
spadał
i spadał
błazen codzienności
niczym
stańczyk rzeczywistości
spustoszonego sumienia
spaceruje
po alejkach
starego cmentarza
pomiędzy teraźniejszością
a wspomnieniami
błąka się
jak nauczyciel moralności
by za życia
być, żyć
i trwać w całości
bo po nas
tylko
niedokończone zdania
otwarta książka
na przedostatniej stronie
i filiżanka czarnej
niedopitej kawy
zostaną
nic
ma w sobie
tak wiele słów
i znaczeń
to pustka
przepełniona
radością i łzami