za horyzontem
naszych słabości
tli się latarnia
pragnień
niespełnionych
a fale nadziei
nie rozbiły się
jeszcze
o kamienny brzeg
bezludnej wyspy
miasto umarłe
duszami
starych ludzi
czekających
na śmierć
miasto
z brukiem poniemieckim
na żydowskiej ulicy
z rozstawionymi
kramami
pchlego targu
gdzie kupisz
i sprzedasz
wszystko i nic
sumienie wytarte
z opisem
zużyte grzechami
matka i dzieci
z siatkami
ojcowie
wracą ze drugiej zmiany
koślawym chodnikiem
dymi się komin
lecą spaliny
czarnymi sadzami
przysłaniają
szarość ulic
Chrystus umiera
na kościelnym krzyżu
za winy twoje
i całego świata
a stare miasto
w swojej bierności
zmusza zegar
do wybicia godziny piętnastej
tam
gdzie nie słychać
słów
zaczyna się
pustynia
ludzkich twarzy
tam
gdzie nie widać
oczu
błądzimy w kłamstwie
codzienności
tam
gdzie nie czuć
tętna
dusza zapada się
w nicość
tam
gdzie idziemy
jest
tylko mrok
niepewności
odchodząc
zostajesz
na zawsze
w cieniu serca
z tyłu głowy
pod powiekami
jesteś bliżej
niż wtedy
gdy byłeś
choć zostawiasz
po sobie
blizny
i pustkę
niespełnione
minuty
bezkresne
czekanie
dźwięk
myślą otruty
nieśmiałe błaganie
zdarzenie
przypadkowe
omyłkowe
to co było
wspólne rozmowy
niechlujne wyznania
to się nigdy
nie zdarzyło
to marzenie
ulepione z uśmiechów
urzeczone
blaskiem gwiazd
noc złapała
je w objęcia
ona
umie tylko słuchać
wystarczy jej
odrobina nieba
przecież sam ją utkałeś
w poświacie barw
oślepisz
porwiesz
bo to twoja
opowieść
zaiste baśniowa
nigdy
to takie
samo kłamstwo
jak
zawsze
nie zostawić
czy być?
w jego
nieustające słowa
nie wierz
pod żadnym pozorem
zawieszona
w próżni myśl
czeka
by rozwinąć
skrzydła