w słabości
tkwi siła
którą obudzą
demony
gdy życie
straci sens
z nadzieją
na lepsze jutro
sięgasz
z cylindra nocy
po kolejną
gwiazdę
która przynosi
tylko
niepokój
zbrukani
uwikłani
krążą
nad umysłami
dręczą
jak sępy
wyrywają strzępy
z serc
czystych
nie wiedząc
że pęta strachu
już
za nami
na barykady sumień
wspięła się
wolność
odarta
ze złudzeń
rozrywana na strzępy
traci osobowość
kupczą nią
judasze
rzucając pod nogi
garście srebrników
strzelają do niej
faryzeusze
zaprzedani władzy
absolutnej
czy zawsze
pod szańcem
muszą walczą o wolność
osamotnieni
wariaci?
w deficycie łez
zatopione smutki
nie wypłyną
na powierzchnię świtu
pogrzebana nocą
między snem
a księżycem
prawda
zasypia
na kamiennej
poduszce
bruku
nie zbudzi
jej nawet
pośpiech stóp
wędrujących
skulona w kącie
zapominana
zostanie
tam
na zawsze
panno szafirowa
patrzysz na błędy
kamienny aniele
oziębły
kiedyś opieką
nas otoczysz
białe twe skrzydła
jasna twarz
złoty krąg
oświetla oblicze
mądrość swą
dla twojej chwały
zatapiam w słowach
wszystko to
by nie odszedł
twój majestat
między
dniem a nocą
spaceruję
mleczną drogą
marzeń
szukając
w gwiezdnym pyle
twoich ramion