zastygam
zapatrzona
w ulotność
chwili
serce
wykute w marmurze
twardnieje
bez emocji
cisza
rozdziera
myśli
łzy kamienieją
na policzkach
posąg
metamorfozą
subtelnego dotyku
w rozwianych
przez wiatr
grzywach
pachniało jesienią
tabun
dudniących kopyt
dzikich koni
galopował
beztrosko w dal
gdzie
horyzontu kres
aby zdążyć
na ostatni blask
zachodzącego słońca
i poczuć
zapach wolności
uczucia ludzi
owinięte
w szarą szmatę
serca ich
ściśnięte
smutny
pogrzeb marzeń
nadzieja
bawi się
ucieka
przed strachem
wszędzie
zgliszcza
i krew
żałobne całuny
łopoczą nad głowami
sen skończony
zniewolenie
w pajęczynie dni
zaplątane
myśli
pełne odpowiedzi
bez zadanych pytań
krętych słów
bez pokrycia
gestów
fałszywych
w zarysie
prawd
kreślonych
po omacku
płomienność duszy
weszła do domu
zwinnym ruchem
jak szept
rozpaliła
ogień w kominku
kropla deszczu
spłynęła
po szybie
zwiewnym tańcem
błyszcząca
niczym diament
z promieniami
słońca
zamiast oczu
perłowym
uśmiechem witająca
w ciele
bez serca
spłynęła
gasząc
na zawsze
nadzieję
trzeba pamiętać
zapomniane
by samotność
na cmentarzysku
własnych myśli
dało się
znieść
trzeba słyszeć
niewypowiedziane
by rozmawiać
z duszą
o konkretach
trzeba patrzeć
za horyzont
by zauważyć
to co
obok nas
dama
w białej szacie
błąka
się od świtu
do nocy
puste oczy
bez wyrazu
obserwują
jak na trasach
wszechświata
porzuca
swoje ofiary
jej
zimne serce
nie zna litości
czasami tylko
na starym cmentarzysku
ogrzewa
lodowate dłonie
przy blasku
świec
patrząc
na swoje dzieło