pod powiekami
malowane
obrazy
zachowaj na dłużej
niż blask
słonecznej rzęsy
nie pozwól im
spłynąć
łez rozczarowaniem
nie budź
wspomnień
ze snu
zwłaszcza
zimowego
pustka nocy
wypełnia
po brzegi
dzień
niedokończony
chaosem
zmysły
wyostrza
rozmazując
makijaż łez
po niebie
rozrzuconych
otulona ciszą
próbuje
być sobą
choć
przez chwilę
o pół oddechu
wygrać wyścig
o życie
o pół gestu
przegrać
walkę
o siebie
o pół chwili
za mało
na wszystko
o pół szczęścia
potknąć się
choć raz
w pośpiechu
zmęczone myśli
krążą
po pustych
korytarzach
za kratami
sumień
w zakamarkach
dusz
w biciu serca
nie mogąc
znaleźć drogi
do spokoju
szare miasto
umarłe duszami
starych ludzi
czekających
na śmierć
osamotnienia
rozbłysło kolorowymi
lampionami
z rozstawionymi
kramami
gdzie kupisz
i sprzedaż
pachnie świerk
i pierniki
a w oknach
kamienic
ich twarze
sumienie wytarte
zużyte grzechami
za winy twoje
i całego świata
stara dłoń
łamie się opłatkiem
z odbiciem w szybie
a miasto
w swojej bierności
rozbłysło kolorowymi
lampionami
miałam sen
niczym niezmącony
kołysał
w ramionach nocy
zszargane nerwy
do świtu
spod powiek
wymknął się
cichaczem
w czerni
rozmazując
swój kontur
został
mi po nim
kocioł
myśli gęstych
jak smoła
i stukot
minut
uciekających
do dnia
cisza
rozrywa krzyk
na kawałki
słów
gniewne
z hukiem
rozbijają się
o błotem
umazany bruk
te dobre
z wiatrem szybują
unosząc się
na obłokach
wrócą
na wiosnę
ptasim śpiewem
o ile
nie podetną
im skrzydeł