kurtyna łez
nie ukryje
dramatu duszy
przed natarczywym
widzem
akt pierwszy
gdy rozum
z sercem
prowadzi walkę
nieuczciwą
akt drugi
gdy ból
przesłania
sens istnienia
antrakt
chce śmiechem
zabić strach
by w trzecim akcie
rozpacz
otworzyła oczy
na szansę
w ciszy dnia
zanika
hałas nocy
przez zamglone
szyby gwiazd
przebija
ostry promień
oślepia
niewidzące twarze
tłumu
kolejną walką
o przetrwanie
wspomnienia
gonią
jak
haust chłodnego
powietrza
co
zmroził
bezbronne płuca
dziecko bez imienia
bez tożsamości
bezgłośne
koło zębate
w cywilizacyjnej maszynie
kropla wody na pustyni
uciec nie może
żyje w nas
i poza
bez wspomnień
nie ma człowieka
zadumany
księżyc
oświetla
długą drogę
życia
chwile
usłane
cierniami
szybko przemijają
możemy jeszcze
zachłysnąć
się powietrzem
i zgasnąć powoli
jak gwiazda
zostaje
ostatnia łza
szczęścia
chwila
upadać w przepaść
przezwyciężyć
wiatr
krzyczeć
w bezkresną otchłań
ból istnienia
zatacza krąg
i tylko
zadumany
księżyc
oświetla
drogę
między
przecinkami życia
słowa
pojedyncze
nie stawiają
pytań
niedoczytane
giną
wielokropkiem znaczeń
naznaczone
nie potrzebują
słów cudzych
by myśli
przeczesać
wykrzyknikiem
bez przepraszam
i proszę
szary
martwy tłum
przedziera się
przez gęstość
dnia
bez dziekuję
i wybacz
rozpycha się
łokciami
byle do przodu
bez niego
i bez niej
idzie w samotność
przyszłości
bez wspomnień
nie widzi
nie słyszy
nie mówi
skrępowany
nie potrafi
samodzielnie
myśleć i czuć
uwikłany
za kratami
cudzych sumień
jak żebrak
czeka
na spokojny
sen