zabrałeś słońce
z nieba
pełnego trosk
zalałeś łzami
szare dni
zakurzone
bezradnym pośpiechem
powiałeś chłodem
gdy przyszło
orzeźwienie
rozsypałeś
nadziei garść
pod drzewem
wykiełkują
gdy oddasz
słońce
nasz dom
złocony spokojem
pomrukiem
w zachwycie
muśnięty
przy stole
rzeźbionym
nadtroską
napełnieni
po brzegi
chmurnością
zdumieni
szelestem spadamy
zdumieni
zatrzymujemy
smak poranka
nie budź
mnie
proszę
wczoraj
to było
wszystkim
miłość
dziś
to już nic
nie znaczy
pustka
jutro
to szansa
na przetrwanie
bez celu
idę brzegiem
gubiąc
w piaskach
bagaż myśli
złych
zatapiam smutki
w falach
wzburzonych
między
bursztynem łez
a skorupą
muszli
na dnie
serca
zamykam
stracony czas
biegniesz
przyspieszasz
odrywasz się
od ziemi
potykasz
próbujesz wstać
zwolnij
rozejrzyj się dookoła
zauważony
zauważ
drugiego człowieka
zwolniłeś
bo zaufałeś
dzień rześkim
wieczorem
spojony
odbity
w szybach
wystaw sklepowych
w światłach skąpany
zmącony
powiek drganiem
istnieje tylko
pomiędzy
kroplami fantazji
w źrenicach
otwieram
podwoje torów
stacji
do nieba
łaknę spokoju
jak drzewo zwalone
rozplącze
zapadłe
pęta marzenia
i pokaże
jak myśl
może być żywa
na bruku
martwym i zimnym
cierpiał
będąc niewinnym
w zwyczajny dzień
jakich wiele
w drodze do domu
biły dzwony
za płotem
szczekały psy
na drodze
została krew
i tylko matka
skrywała łzy
w pierwszy
dzień wiosny
już tylko dla niej
kwitły bzy