życie
czeka
bez ustanku
próbuje ci
podarować
bilet
do raju
a ty
zatrzaskujesz
drzwi
bez sprawdzenia
kto za
nimi stoi
wsiadasz
do pociągu
który
jedzie
w jedną stronę
co to za stacja?
nie ma odwrotu
los tak chciał
by stanąć
ramię w ramię
z włócznią w ręku
ze strachem
w głowie
wśród krzyku
honor nakazał
stanąć tu
by walczyć
do ostatniego
tchnienia
gdy racja
jest
po twojej stronie
zwyciężasz
nawet jako trup
moralne zwycięstwo
jest w tobie
i płonie
przeciwnik
jak gruz
nie chcę
słyszeć krzykliwej
prawdy
pośród tłumów
głuszy
chcę
przeżyć
trudną sztukę
umierania
jak iluzjonista
magię
ze skrzynki
wyciągać
spełnione marzenia
wprowadzać
w czyn słowa
żyć
pustynia
codzienności
zarasta
chwastem
gęstnieje
zastyga
jak skamielina
zasusza łzy
piachem
sypiąc w oczy
błotem
spływającym z uczuć
betonuje
serce
rzeźbi głazy
ludzkich
niedoskonałości
pustynia
codzienności
szukam cienia
chodził
za mną
krok w krok
i przestał
schował się
za drzewem
ukradkiem
śledzi
uciekające
godziny
podkłada nogę
emocjom
które nie chcą
opaść
na szerokim
morzu
chwyciłam
wiatr w żagle
chcę
przezwyciężyć
opór wiatru
zachłysnąć
się powietrzem
ostatni raz
i zgasnąć powoli
rozpłynąć się
jak jedna
z tysiąca gwiazd
owinięta
ciepłym kocem
marzyć
o cichym porcie
nie czekaj
na mnie
w pośpiechu
pakuję
resztki życia
składam je
na stosy
do wyniesienia
do schowania
na co dzień
nie czekaj
na mnie
wyrywam kartki
z brulionu
obietnic
próżnych
rzucałeś
je na wiatr
wróciły
bez słowa
nie czekaj
na mnie
wychodzę