tęsknota
jak kłamstwo
doskonałe
buduje
na piasku
pałace ułudy
zaciera granice
między przeszłością
a dzisiaj
chce
ale boi się
zrobić krok
gdy otworzy oczy
krajobraz z marzeń
stanie się
tylko
bazarowym
landszaftem
słowotoku ciszy
nie da się
zatrzymać
słowo
goni słowo
zagłuszając
sens
niszczy
krzyk duszy
jak żywioł
bez granic
zostają
tylko zgliszcza
i echo
wyszła
tak jak stała
z emocji
rozchwianych
potykając się
o obłoki
w których
bujała bez końca
mijała
plecy odwrócone
żalem
i milczenie
zagryzionych
warg
pozostawiła
po sobie
tylko
metaliczny smak
zardzewiałej
miłości
nie odwracając
głowy
ostry świt
przebija
mur nocy
niespokojnej
senną ułudą
krusząc
brylanty łez
pod powiekami
rezygnuje
z miłości
by żadna
drzazga
nie uwierała
duszy
aż do zachodu
słońca
wystarczy
zrobić
krok
na szmaragdowe
łąki
gdzie oset
zadawał
piekącą
pieszczotę
wpaść
w srebrzystą
sieć
panujesz
nad życiem
nie to tylko
karty pergaminu
szeleszczą
jak
polne ścieżki
co dzielą
kąkol
i pszenicę
zostaje
tylko wena
i klucz do
jej drzwi
po drugiej
stronie
ściany
bezimienni
ludzie
żyją
niczym
cienie
płyną
do blasku
świecy
płomieniem
obłąkanym
jak ćmy
uciec
nie mogą
przecież
bez cienia
nie ma
człowieka
pustka
niewyobrażalny ból
rozdzierający
duszę
na strzępy wspomnień
boli
najbardziej
osamotnieni
z przyjaciół
gaśniemy
powoli
jak płomień
wypalonej
świecy
tętniący
w skroniach
ból
pogłębi
pustkę
już na zawsze